Jubileusz i wspomnienia

Jak mówi pani Ilona Kolny, katechetka, która przez 30 lat prowadziła także przy pszczyńskiej parafii Poradnię Życia, ksiądz prałat Józef Kuczera (ur. w 1913 r.) był człowiekiem nietuzinkowym.

Bardziej ścisły kontakt z księdzem prałatem miała w ciągu ostatnich pięciu lat jego życia, kiedy zmagał się z ciężką chorobą nowotworową. Mąż pani Ilony, Henryk Kolny opiekował się nim jako lekarz wraz z doktorem Krzysztofem Jarczokiem, ona odwiedzała go i zaopatrywała w trudno dostępne wtedy lekarstwa. Spędziła z nim wiele godzin na rozmowach, w których wracał m.in. do czasów swojego dzieciństwa, do twardych warunków, w jakich wzrastał, które z pewnością miały wpływ na kształtowanie jego osobowości (np. do szkoły w Żorach dojeżdżał codziennie na rowerze 16 km z Połomi, rodzinnej wsi w powiecie rybnickim).
Nigdy nad sobą się nie użalał, toteż nie lubił ludzi narzekających, a problemy starał się rozwiązywać sam, nie jeździł do kurii po wskazówki czy porady. Był człowiekiem odważnym, nie bał się mówić wprost, jeśli mu się coś nie podobało.
Pani Marii Otrębie - katechetce opowiadał o wydarzeniu, które miało miejsce w czasie przemarszu przez Pszczynę kolumny więźniów oświęcimskich w styczniu 1945 roku. Jedna z więźniarek, Żydówka (lub dwie?), której udało się uciec, zapukała do drzwi plebanii. Ks. Kuczera razem z ówczesnym proboszczem ks. Mateuszem Bielokiem wpuścili ją do środka i udzielili schronienia w starej parafii w Starej Wsi, gdzie udała się pod osłoną ciemności przebrana w śląskie kiecki.
Za odczytanie w czasie kazania (mimo ostrzeżenia ze strony funkcjonariusza UB) listu petycyjnego w sprawie zachowania religii w szkole, został aresztowany w styczniu 1953 roku i osadzony w więzieniu w Katowicach. W areszcie przebywał już wcześniej, w roku 1950. Jako więzień zachowywał pogodę i hart ducha, ten stan starał się też podtrzymywać u towarzyszących mu współwięźniów.
Wraz z dr Witoldem Antesem miał swoje zasługi w latach powojennych w zatrzymaniu w szpitalu sióstr Boromeuszek jako pielęgniarek, a siostry Felicjanki, które zostały usunięte z upaństwowionego Domu Dziecka, sprowadził z powrotem do Pszczyny na parafię, gdzie znalazł dla nich zajęcie. Był autorytetem dla innych, ceniony przez zwierzchników, liczyła się też z nim partia.
Jedną z jego często podkreślanych przez innych i widocznych cech była ogromna skromność, która dotyczyła także sfery materialnej. Nigdy nie posiadał samochodu, gdyż wydawało mu się to niepotrzebnym wydatkiem i przejawem życia ponad stan. Nie potrzebował też wykwintnego jedzenia, choć zawsze odnosił się z szacunkiem do pracy gosposi parafialnych, do poświęcenia ich osobistego życia na rzecz służby na plebanii. Jak mówi pracująca na parafii ponad 40 lat pani Weronika Skalska, proboszcz nigdy nie grymasił, choć miał swoje ulubione potrawy - lubił drób i ryby pod wszelką postacią, a raz w roku, kiedy w rodzinnej Połomi robiono świniobicie cenił sobie rosół z mięsa przeznaczonego do wyrobów (z takimi dodatkami jak uszy, nerki, ozorki). Nie gardził też deserami, zwłaszcza kremowym ze śmietaną, galaretką z owocami oraz kompotami, a w święta Bożego Narodzenia tradycyjną „moczką”. W starszym wieku z chęcią jadał borówki (czarne jagody), co zresztą zalecał mu lekarz. Kiedy pani Weronika przyszła na parafię w 1966 roku w Starej Wsi było jeszcze pole parafialne (dzisiaj stoi tam kościół), gdzie uprawiało się zboże i ziemniaki, hodowano też bydło, a w parafialnej kuchni wyrabiało się ciasto na chleb i w słomiankach zanosiło do piekarza, najczęściej do piekarni pana Gruszki.
W starszym wieku ksiądz prałat oddawał się poobiedniemu odpoczynkowi między godziną 13 a 14, o 15 pani Weronika serwowała kawę, a potem ksiądz udawał się na spacer do parku. Mieszkańcy Pszczyny pamiętają jego postać z różańcem w ręku przemierzającą codziennie trasę między parafią a cmentarzem św. Jadwigi w wysłużonym prochowcu, w którym też przez całe lata odwiedzał wiernych w czasie kolędy. Ubierał się na czarno, zawsze w koloratce (w czasie choroby uczulony na plastikowe kołnierze, używał uszytych przez panią Ostrowską z materiału).
Proboszcz wobec swoich pracowników był bardzo życzliwy, toteż pani Weronika mogła się czuć jak w rodzinie. Lubił wieczorne rozmowy w jadalni, gdzie zbierali się często wszyscy mieszkańcy plebanii, można było też skorzystać z telewizji, a w czasie świąt, zawsze był dla wszystkich wspólny stół.

Więcej czytaj w Głosie Pszczyńskim.
powrót

Więcej znajdziesz w Głosie Pszczyńskim

Aktualny numer

Numer 13 (20 września 2019r.)

Archiwum numerów

  • Numer 12, 29 sierpnia 2019r.
  • Numer 11, 31 lipca 2019r.
  • Numer 10, 11 lipca 2019r.
  • Numer 9, 13 czerwca 2019r.
  • Numer 8, 23 maja 2019r.
  • Numer 7, 9 maja 2019r.
więcej