II wojna światowa oczami mieszkańca Pszczyny (cz. 3)

W pierwszych dniach września 1939 roku wielu mieszkańców Pszczyny, szczególnie rodziny inteligenckie (urzędnicy, lekarze, nauczyciele, działacze polityczni i społeczni), opuściło swoje miejsce zamieszkania w obawie przed represjami ze strony Niemców, zajmujących z sukcesami kolejne miejscowości powiatu. Naturalnym kierunkiem ucieczki stał się wschód. Liczono, że na kresach Rzeczypospolitej uda się znaleźć spokój, a Niemcy nie dotrą tam, zostając wcześniej pokonani. Siła tych nadziei z każdym dniem jednak topniała.

Determinację w walce o ocalenie życia, toczoną w wielu rodzinach niezależnie od walk zbrojnych na froncie wojennym, ukazują zachowane z tamtego okresu wspomnienia Franciszka Szczepańczyka, pszczyńskiego pedagoga, który z kilkunastoosobową rodziną jeszcze w dniu wkroczenia Niemców do Polski zdecydował się ewakuować na wschód. W kolejnej części jego pamiętników przyglądamy się losom rodziny Szczepańczyków w pierwszym tygodniu września 1939 roku.

Na tułaczce
„Opuściwszy mieszkanie wieczorem, 1 września 1939 roku, szliśmy pieszo, prowadząc wózek i rower z paczkami. Na drugim rowerze wieźliśmy małe dzieci, tj. 3-letnią Alinkę i 5-letniego Broneczka.
A w tym czasie 8 km na zachód od Pszczyny, pod Brzeźcami i Wielką Wisłą, toczyły się zacięte walki wojska polskiego z prącym z wielką siłą na Pszczynę wojskiem niemieckim.
Po drodze, pod lasem za Ćwiklicami, zobaczyliśmy przy drodze w rowie zabitego konia. To lotnik niemiecki z przelatującego samolotu zastrzelił tego konia i poranił kilka osób. Były to więc pierwsze ofiary najazdu hitlerowskiego na Polskę jakie zobaczyliśmy.
Około godziny 10 wieczorem przybyliśmy do starej szkoły w Górze i tam u kolegi, kierownika szkoły Hoffmana Erwina, zatrzymaliśmy się na noc. Oprócz nas zanocowało tam wiele rodzin polskich, zwłaszcza urzędniczych, uchodzących z Pszczyny.
Uczynni Hoffmanowie chętnie wszystkich przyjmowali, choć już w pokojach nie mieli ani troszki miejsca na położenie się nawet na podłodze. Myśmy razem z gospodarzami nocowali w kuchni.
Następnego dnia wstaliśmy wcześnie, bo krążyła pogłoska, że most na Wiśle w Górze zostanie wysadzony w powietrze. Chcieliśmy więc znaleźć się na drugiej stronie Wisły póki jeszcze most na niej się znajduje.
Już tedy o trzeciej godzinie, gotowi do drogi, podziękowaliśmy państwu Hoffmanom za gościnę, pożegnaliśmy się z nimi i poszliśmy ku Jawiszowicom. Prawie w tym czasie tą samą drogą ciągnęła ku Pszczynie polska artyleria, aby powstrzymać napór wojsk niemieckich. Artylerzyści byli weseli i jak najlepszego ducha, i pocieszali nas nadzieją, że wnet Niemców odpędzą. Nie przypuszczali, że nieco dalej pod Ćwiklicami zostaną w tym dniu przez niemieckie czołgi zdruzgotani. A krajem drogi uciekało też ku Jawiszowicom wielu policjantów na rowerach. Niektórzy mieli już gumy na kołach poprzebijane i jechali tylko na rufach”.

Komentarz i opracowanie: Jarosław Zawisza
powrót

Więcej znajdziesz w Głosie Pszczyńskim

Aktualny numer

Numer 2 (21 lutego 2024r.)

Archiwum numerów

  • Numer 1, 24 stycznia 2024r.
  • Numer 12, 13 grudnia 2023r.
  • Numer 11, 22 listopada 2023r.
  • Numer 10, 25 października 2023r.
  • Numer 9, 28 września 2023r.
  • Numer 8, 23 sierpnia 2023r.
więcej